Victoria
Gdy dotarłam na szpitalny parking i stanęłam w wyznaczonym dla mnie miejscu, zakluczyłam samochód i weszłam do szpitala przez wejście dla pracowników. Poszłam do szatni i przebrawszy się w długie, jeansowe spodnie, czarny T-shirt i czarne kozaki, założyłam mój kitel. Wsadziłam telefon do kieszeni kitla i wyszłam uprzednio zamykając moja szafkę. Skierowałam się do pokoju lekarskiego, gdzie chciałam poczekać jakieś pół godziny, aż zacznie się moja zmiana. Weszłam do pomieszczenia i podeszłam do swojego biurka.
- Hej Victoria - odwróciłam głowę na dźwięk znajomego mi głosu. Hoon Park jest wspaniałym chirurgiem, sprowadzonym do stanów z Korei Południowej.
- Witaj Hoon - przywitałam się i obdarzyłam go uśmiechem. - Kończysz zmianę?
- Nie. Zgodziłem się zostać po południu za doktor Clave. Powiedziała, że musi pilnie wyjechać do rodziny. Miała strasznie zmartwiona minę i nie mogłem się nie zgodzić.
- To miłe z twojej strony - powiedziałam.
- Tak... - zaczął i podszedł do mnie przysuwając sobie krzesło, żeby usiąść obok mnie. - O której kończysz dzisiaj zmianę?
- Szczerze nie wiem Hoon... Według harmonogramu o dwudziestej trzeciej, ale nie wiem czy coś nie wyskoczy. Dlaczego pytasz?
- Bo ostatnio chodzisz zmęczona. Martwię się. - powiedział i zaczął bawić się długopisem, robiąc przy tym dziwne miny. Lubiłam go, zawsze potrafił każdego rozbawić. Miał charakter i usposobienie dziecka, jednak gdy trzeba było, zachowywał się jak dorosły człowiek. Przez takie a nie inne cechy charakteru dzieci bardzo lubiły z nim przebywać, więc pracował na chirurgi dziecięcej, jednak gdy potrzebowaliśmy jego pomocy, zawsze nam pomagał.
- Moje zmęczenie nie jest związane z pracą - otwarłam kartę jednego pacjenta, zostawiona na moim biurku. - Co to tu robi?
- To karta jakiegoś mężczyzny, który chodzi od szpitala do szpitala. W każdym dostaje tą sama diagnozę, cierpi na zapalenie osierdzia, jednak nie chce poddać się operacji, która jest już niestety konieczna...
- Podejrzewacie tamponadę serca? - spytałam
- Niestety tak. Jeżeli będziemy odwlekali operację zbyt długo, on umrze, tylko bez jego zgody nie możemy nic zrobić.
- To trzeba go przekonać - powiedziałam przeglądając dalej kartę pacjenta szukając przyczyny, przez która mężczyzna jest w złym stanie. Jednak zamiast tego znalazłam coś innego. - Niedoczynność tarczycy... Nie leczył się?
- Z tego co mi wiadomo to nie.
- A wiedział w ogóle, ze jest chory? - spytałam z niedowierzaniem, cały czas zadając sobie pytanie, dlaczego mężczyzna się nie leczył i dlaczego nie chce poddać się operacji
- Rodzina mówiła, że często było mu zimno, jego głos był ochrypnięty, wiecznie był senny, chodził jak zombie. Myśleli, ze to zwykła grypa.
- Boże co jest teraz z tymi ludźmi... - wstałam zamykając teczkę. - W której sali od leży.
- W sali obserwacji.
Pokiwałam głową i wyszłam z pokoju lekarskiego. Sala obserwacji była tylko kila kroków za korytarzem, prowadzącym do strefy gdzie przebywali lekarze. Minęłam kilku pacjentów i paru lekarzy, po czym weszłam do sali.
- Siostro, proszę przygotować salę operacyjną - zwróciłam się do jednej z pielęgniarek. Ta pokiwałam twierdząco głową i wyszła. Ja natomiast podeszłam do schorowanego mężczyzny, przy którym stała bodajże jego zona i syn. - Ta sala jest dla pana. Nie można tego dłużej odwlekać.
- Powiedziałem, że nie pozwolę się operować.
- Czego pan się boi? - spytałam łagodnie.
- Nie i koniec... - powiedział i zamknął oczy.
- Proszę mnie posłuchać... - usiałam na krzesełku stojącym obok łóżka i złapałam go za rękę.- Jeśli dalej będzie pan odwlekał operację, może pan umrzeć. - mężczyzna spojrzał na mnie. - W pana sercu rozwinęło się zapalenie zewnętrznej warstwy serca. Nie leczył pan tego, więc stan pana zdrowia się pogorszył i doszło do tamponady serca. Oznacza to, że której płyn gromadzi się w worku osierdziowym do tego stopnia, że wywiera ogromny nacisk na serce. W konsekwencji nie może ono pompować dostatecznej ilości krwi, co jest stanem zagrożenia życia. Niech mi pan uwierzy, że lekami już pan tego nie wyleczy. - mężczyzna spojrzał w sufit i westchnął. - To jak?
- No... dobrze...
Uśmiechnęłam się do niego i ścisnęłam jego rękę, chcąc dodać mu otuchy.
- Przewozimy pana na sale operacyjną - powiedziałam do pielęgniarki i wyszłam, kierując się od razu do szatni. Przebrałam się w strój przeznaczony do operacji, podczas gdy anestezjolog wprowadzał mężczyznę w stan uśpienia. Gdy miałam już przejść przez drzwi prowadzące na blok operacyjny, zaczepiła mnie żona mężczyzny.
- Proszę go uratować - powiedziała cała zapłakana. Syn stał z tyłu i patrzył na mnie przerażony.
- Niech się państwo nie martwią. To nie jest trudna operacja. - powiedziałam z uśmiechem. - przepraszam, muszę już iść.
Kobieta pokiwała głową i odsunęła się. Weszłam na blok i po umyciu rąk i założeniu rękawiczek i fartucha, podeszłam do mężczyzny.
- Parametry w normie, pacjent gotowy do operacji - powiedział anestezjolog.
- To dobrze - spojrzałam po zespole i pokiwałam twierdząco głową. - Czas zacząć... Skalpel.
***
Po około trzech godzinach, gdy pierwszy asysta zszywał klatkę piersiowa pacjenta, ja zdjęłam rękawiczki i maskę ochronną, wyrzucając je do kosza na śmieci. Zdjęłam fartuch i włożyłam do kosza, który miał zawieźć ubrania do dezynfekcji. Dalej ubrana w niebieski strój, wyszłam z bloku operacyjnego i uprzedzając pytania kobiety uśmiechnęłam się do niej, a ta odetchnęła z ulga.
- Wszystko poszło dobrze, jednak pani mąż był w kiepskim stanie gdy do nas przyszedł, więc wprowadziliśmy go w śpiączkę farmakologiczną.
- A... kiedy go wybudzicie?
- Za kilka dni.
Uśmiechnęłam się do niej i odeszłam. Przechodząc obok recepcji, jednak z pielęgniarek powiedziała mi, że na SORze czeka pacjent z poranioną nogą, jakimś odłamkiem w ręce i spuchniętym przedramieniem. Pokiwałam twierdząco i skierowałam się tam zabrawszy uprzednio mój kitel. Gdy dotarłam na miejsce, zobaczyłam, ze owym chłopakiem jest nie kto inny jak nowy lowelas Catherine. Miałam ochotę przekazać go komuś innemu, ale musiałam oddzielić życie prywatne od pracy. Podeszłam do nich, a dziewczyna widząc mnie, zrobiła zdziwiona minę.
- Ty? - spytała i wstała szybko.
- Też się ciesze, że cie widzę - posłałam jej ironiczny uśmiech i wyjęłam z kieszeni kitla mała latareczkę. Oświeciłam ją i przytrzymując dwoma palcami powiekę chłopaka, zaświeciłam w jego oko, a potem zrobiłam to z drugim.
- Co ty robisz? - spytała dziewczyna ze złością.
- To rutynowe działania. - powiedziałam z kamiennym wyrazem twarzy.
Wzięłam nożyczki leżące na stoliku obok i delikatnie przecięłam nogawkę jego spodni, żeby obejrzeć poharataną łydkę. Nie było tragicznie, ale jedna rana wymagała szycia. Kątem oka zobaczyłam, że dziewczynę aż świerzbi, żeby coś mi powiedzieć. Wyprostowałam nogę chłopaka, a potem złapałam jego rękę. W lewym przedramieniu tkwił kawałek drewna, wielkości większego telefonu. Ratownicy w karetce, założyli wstępny opatrunek, ale krew dalej dała się bardzo szybko. Gdy przycisnęłam delikatnie palcami okolice rany, chłopak syknął.
- Boli go to nie widzisz?! - oburzyła się dziewczyna i wyszarpała jego rękę z mojego uścisku, przez co poruszyła kawałkiem drewna, powodując szybsze wykrwawianie się. Pielęgniarka od razu podeszła i zaczęła uciskać, delikatnie ranę.
- Opanuj się dziewczyno! - powiedziała wściekła. - Patrz co narobiłaś!
Spojrzała na mnie z zaciśniętymi zębami i czysta furią w oczach.
- Usiłuje mu pomóc, więc jeśli masz zamiar robić tutaj rzeczy, przez które jakiś pacjent może ucierpieć, będę musiała wyprosić cię ze szpitala, a jeśli nie posłuchasz, zostaniesz stąd wyrzucona przez ochronę!
Spojrzałam na parametry życiowe pacjenta. Ciśnienie troszkę spadło, a serce zaczęło nieznacznie szybciej bić. Przyjrzałam się chłopakowi, a potem zwróciłam się do drugiej pielęgniarki.
- Podać mu zastrzyk z morfiną i magnezem, a potem zabrać na salę zabiegową i podać środki znieczulające.
Wsadziłam latareczkę do kieszeni i odeszłam od łóżka, kierując do do stanowiska pielęgniarek. Poprosiłam jedną z nich o poinformowanie ochrony, ze dziewczyna przebywając a z poszkodowanym, okazuje oznaki agresji i trzeba się jej przyglądać. Gdy kobieta przytaknęła mi, poszłam do pokoju zabiegowego. Przygotowałam narzędzia do usunięcia drewna i zaszycia ran, a chwile potem na sale wszedł chłopak. Pielęgniarka pomogła mu usiąść na krześle zabiegowym. Poczekałam aż leki znieczulające zaczną działać, a potem zdecydowałam, że najpierw zajmę się raną w ręce.
***
Po godzinie, gdy i na ręce i na nodze chłopak miał już opatrunki, pielęgniarka pomogła mu usiąść na wózek inwalidzki. Zdjęłam rękawiczki i wyrzuciłam je do kosza.
- Przewieźcie go na sale obserwacji i podajcie kolejny zastrzyk z morfiną, gdy ból zacznie wracać.
- Dobrze pani doktor.
Nawet na chwilę nie spojrzałam na twarz chłopaka, tylko od razu wyszła,przytrzymując pielęgniarce drzwi, by mogła spokojnie wyjechać. W trakcie zszywania jego rany, dowiedziałam się, że spadł z konia. Chłopak spojrzał na mnie.
- Gdy pracownia tomograficzna będzie wolna, proszę zrobić badanie. To samo tyczy się pracowni rentgenowskiej - wskazałam ja jego rękę. - Wyniki, proszę przynieś mi do gabinetu.
- Po co tomografia? - spytał.
- Podejrzewam, że podczas upadku mogłeś dostać wstrząśnienia mózgu.
Nic więcej nie mówiąc skierowałam się do pokoju lekarskiego. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam na numer domowy w moim domu. Po trzech sygnałach Lucas odebrał.
- Możesz przyjechać do mnie do szpitala? - spytałam.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Nie uwierzysz kto tu jest...
Usłyszałam jego ciche westchnienie.
- Jesteś głodna? Kupię coś po drodze.
- Sushi? - spytałam.
- Jasne.
Rozłączyłam się i weszłam do pokoju lekarskiego.
Cat? XD
Wybacz, ze ciągle piszę Victorią, ale... tak wyszło XD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.