Gdy spotkałem się z chłopakami, postanowiliśmy zrobić małe zawody. Z racji, że na rampach akurat byli 'rowerzyści' młodego pokolenia, ustaliliśmy, że będziemy się ścigać dookoła. Ja zacząłem pierwszy, a chłopaki zaczęli liczyć czas. Nagle kilka metrów przede mną jakaś dziewczyna wywróciła się na kolana, a pies, którego trzymała pobiegł za wiewiórką. Olałem wyścig i pdjechałem do niej.
- Wszystko w porządku?
Spytałem, zatrzymując się z boku dziewczyny. Też miała rolki. Spojrzała na mnie.
- Taak, w jak najlepszym.
Nagle podjechał do nas jakiś chłopak.
- Catty, mówiłem ci, że to zły pomysł.
- Nie przesadzaj. Zawsze jest spokojny. To przez wiewiórkę. Pójdziesz po niego? Ja się pozbieram.
Chłopak pojechał po psa, a ja przesunąłem się tak by stać przed dziewczyną. Podałem jej ręce, by pomóc wstać. Złapała je, ale gdy się podnosiła, wykonała grymas wyrażający ból.
- Dzięki - odparła. - Catherine.
Podała mi rękę, którą uścisnąłem.
- Lucas. Miło mi.
Posłałem jej uśmiech po czym puściłem oczko. Kucnąłem przed nią i zobaczyłem kolano, po czym wstałe.
- Trzeba to opatrzyć - powiedziałem -bo wda się zakażenie. Poczekaj chwilkę.
Odwróciłem się i szybko popędziłem do Coopera.
- Daj apteczkę - powiedziałem.
- Wiesz co? Z takim czasem to ty daleko nie zajdziesz przyjacielu - zaśmiał się, a reszta chłopaków podjechała. - Ale dam ci przejechać jeszcze raz, jak dasz mi jej numer.
- Nie jestem cudotwórcą Cop. Najpierw weź się za siebie tłuściochu.
Zaśmialiśmy się i po chwili dał mi apteczkę. Cooper był nieco szerszy od nas, ale nikomu to nie przeszkadzało. On zaś potrafił się z siebie śmiać, przez co miał masę przyjaciół. Był też strasznie wrażliwy (prawie jak moja matka) i zawsze nosił apteczkę. Podjechałem do dziewczyny, która siedziała na ławce i pattzyła z lekką odrazą na ranę. Usiadłem obok pokazując jej apteczkę.
- Pozwolisz?
Spytałem uśmiechając się jakby to określiła moja siostra... uroczo.
Cat?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.